W ostatnich dniach nadszedł list z dalekich i egzotycznych Indii od przebywającego tam o. Stanisława Chowańca. Opisuje w nim swoje pierwsze dni pobytu w tym kraju, podróż przez Bangalore i Kamda by dotrzeć do domu w Aroor, który jest pierwszym domem pijarskim w Indiach... Publikujemy list oraz nadesłane fotografie.
Pierwsze tygodnie w Indiach Przede wszystkim, w pierwszych słowach, chciałbym serdecznie pozdrowić Wszystkich z ogromnego i pełnego kontrastu kraju jakim są Indie. Jak większość z Was wie z polecenia O. Generała i za zgodą O. Prowincjała z początkiem października udałem się do pracy w Indiach. Po trochę męczącym locie wylądowałem w Bangalore, stolicy stanu Karnataka, gdzie mieszka prawie 6 milionów ludzi. To co pierwsze mnie zdziwiło, gdy wysiadłem z samolotu, to naprawdę bardzo duże i nowoczesne lotnisko oraz temperatura, bardzo znośna bo około 18 stopni C. Po formalnościach celnych i paszportowych, które przebiegły bezproblemowo spotkała mnie miła niespodzianka: żeby mnie przywitać na lotnisko przybyło trzech współbraci Hindusów, których jak się okazuje już znam - byli w nowicjacie w Kamerunie i tam spotykaliśmy się od czas do czasu. Po półtoragodzinnej jeździe samochodem dotarliśmy do domu, w którym jest seminarium dla naszych pijarskich kleryków z Indii. Dom okazał się duży i w miarę nowoczesny. I tak powoli rozpoczął się mój proces adaptacji do nowych warunków. Bangalore to miasto ogromne i pełne kontrastów, z jednej strony dzielnice z budynkami bardzo nowoczesnymi i awangardowymi, a z drugiej strony bardzo ubogie slumsy, lub czasami tylko jakieś prowizoryczne namioty, gdzie mieszkają całe rodziny. Co uderza w pierwszym kontakcie z tym krajem, to wszędzie bardzo duża liczba ludzi i - muszę przyznać - w związku z tym podziwiam organizację miasta w którym jestem. Pomimo tak dużej liczby ludności wszystko funkcjonuje (aż trudno mi sobie wyobrazić funkcjonowanie Krakowa z 6 milionami mieszkańców). Temperatura w nocy raczej niska - około 10 stopni, a w dzień gorąco do 35 stopni. Panuje tu klimat suchy kontynentalny. Jedzenie muszę przyznać dobre, choć bardzo ostre. Nie miałem większych problemów z przystosowaniem się do kuchni indyjskiej. Natomiast od początku miałem problem z językiem, bo angielski w Indiach jest trochę dziwny i z azjatyckim akcentem, czasami trudno jest zrozumieć cokolwiek. Trzeba się też przyzwyczaić do tego, że raczej wszędzie jest tu brudno i przyjęcie tego jest trochę trudne...