eSPe 89 (02/2010) Lęk przed powołaniem

eSPe 89 (02/2010) Lęk przed powołaniem

   Podejmowanie decyzji, szczególnie tych wiążących na całe życie, jest zawsze obciążone lękiem. Dodatkowo kultura obecnego czasu nie ułatwia wcale wytrwania w podjętych zobowiązaniach. Nie daje nam duchowego „treningu” koniecznego do wykształcenia w sobie konkretnych cech, potrzebnych do tego zadania. Jednak wybierając nasze powołanie stawiamy sobie cel i określamy sposób jego osiągnięcia, a to pomaga przełamać niepewność oraz poczucie zagubienia w rzeczywistości.

O tym, czym jest lęk przed powołaniem i jakie mogą być jego źródła napisali dla nas Marcin Kapuściński, psycholog i o. Robert Wawrzeniecki OMI, duszpasterz. W numerze zawarty jest także wywiad z rektorem częstochowskiego seminarium, ks. Andrzejem Przybylskim, oraz prezentacja charyzmatu Sióstr Sercanek i Misjonarzy Oblatów.
Cytujemy fragmenty publikacji:


o. Robert Wawrzeniecki OMI, Zmaganie czy ucieczka?

Dziś bardzo często można spotkać określenie „kultura antypowołaniowa”, które to zjawisko dotyka nie tylko przygotowujących się do życia kapłańskiego czy zakonnego, ale także planujących swoje życie małżeńskie i rodzinne czy nawet osób decydujących się na życie samotne. To dziś tak bardzo popularne pojęcie opisuje te elementy otaczającej rzeczywistości, które utrudniają młodym osobom podjęcie dojrzałej i wiążącej na całe życie decyzji. Chodzi o to, co zmarły ks. kard. Jean-Marie Lustiger określał jako mniejszą odwagę czy też mniejszą gotowość przyjęcia Bożego powołania do kapłaństwa, życia zakonnego, małżeństwa, założenia rodziny czy też przeżywania owocnie swojego życia w samotności.
To tkwienie w pewnym stanie zawieszenia, który na krótką metę może okazać się wygodny. Czasem to także paniczna ucieczka przed życiowym powołaniem, przypominająca zachowanie Jonasza (por. Jon 1, 1 – 2, 11). To dokonanie sądu nad innymi ludźmi i Bogiem poprzez wypełnienie jedynie koniecznego minimum obowiązków bez zgody na całkowite przeniknięcie swojego życia działaniem Boga, jak w wypadku tego samego proroka i Jego misji w Niniwie (por. Jon 3, 1-10). Jonasz wręcz obraża się na Pana Boga, że jego misja-powołanie kończy się ocaleniem miasta (por. Jon 4, 1-11). Warto, szukając swojej drogi w życiu, sięgnąć do tej szczególnej księgi prorockiej, krótkiej, ale bardzo inspirującej. Warto też sięgnąć do innego, tym razem ewangelicznego fragmentu:

A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz! Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć. Do innego rzekł: Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca! Odparł mu: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże! Jeszcze inny rzekł: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu! Jezus mu odpowiedział: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego. (Łk 9, 57-61)

Tak, jak w czasach Jezusa ci, którzy pragnęli pójść drogą powołania Jezusowego ucznia, doświadczali różnych wewnętrznych oporów (chociażby jak trzej naśladowcy, o których mówi Ewangelia), tak też i dziś takie trudności stoją przez każdym, kto chce rozeznać swoje życiowe powołanie, a później na jego drodze każdego dnia chce rozpoznawać wolę Boga.
Często opory te są związane z tym, że jako uczeń Chrystusa żyję w świecie, który nie zawsze chce podążać drogą Ewangelii, a ma wpływ na mnie, choć może czasem nie chcę się do tego przyznać.

Życie z gwarancją wieczystą

o kaskaderach, obiegowych opiniach i zakorzenieniu opowiada ks. Andrzej Przybylski, rektor Wyższego Seminarium Archidiecezjalnego w Częstochowie.


eSPe: Lubi Ksiądz ryzyko? Pytam, bo decyzja o przyjęciu święceń czy nawet wstąpieniu do seminarium dla niektórych to jak wyczyn kaskaderski...

ks. Andrzej Przybylski: Nie lubię. Nie należę do gatunku kaskaderów gotowych narażać swoje życie. W dzieciństwie miałem okazję przyglądać się jak kręcone są filmy. Widziałem kilka scen z udziałem kaskaderów i wtedy odkryłem, że kaskaderstwo wymaga może dużej sprawności fizycznej i brawury, ale jest to trochę sztuczne ryzyko. Moja decyzja na wstąpienie do seminarium nie miała więc nic z kaskaderskiego skoku.
Wstąpiłem do seminarium po studiach świeckich i moja decyzja była efektem poszukiwań drogi najpewniejszej, właśnie takiej, gdzie ryzyko jest najmniejsze. Myślę, że każdy, kto się wybiera do seminarium, musi najpierw posiadać fundamenty wiary, a wiara jest zapewnieniem spełnienia się najlepszych obietnic. Ja nie zaryzykowałem, ja po prostu odpowiedziałem na wezwanie Boga i wybrałem drogę całkowicie zabezpieczoną przez Niego.
Kiedyś w zaułku kościoła zauważyłem kiwającego się młodego chłopaka. Po kilku takich kiwnięciach runął na ziemię. Podbiegłem na pomoc. Okazało się, że wąchał klej i mocno odurzony stracił na chwilę równowagę. Można było z nim jednak pogadać. O nic go właściwie nie pytałem. To on sam najpierw przepytywał mnie ze znajomości filozofii. Rzeczywiście znał się na filozofii do tego stopnia, że nawet moje seminaryjne podstawy okazały się mocno nie wystarczające. Na koniec tej rozmowy powiedział mniej więcej coś takiego: „A ksiądz to poszedł na łatwiznę! Uwierzył w tego swojego Boga i nie musi się już zastanawiać co jest prawdą, za czym pójść, z kim trzymać. U mnie jest odwrotnie. Co mnie zachwyci jakaś filozofia i wydaje mi się, że właśnie taka jest prawda o świecie, to za chwilę poznam jakiś inny system myślenia i znów nie wiem, gdzie jest prawda”. Jeśli pójście do seminarium jest jakimś ryzykiem to chyba tylko w zakresie właściwego rozeznania powołania, pytania, czy na pewno to jest moja droga? Bo każda droga do świętości jest drogą bezpieczną. Wątpliwości mogą się natomiast pojawiać w momencie rozeznawania, ale i tak, gdybyśmy się nawet pomylili, to zawsze można wrócić i znów iść drogą do świętości wyznaczoną przez inne powołanie. Kiedy ktoś żąda ode mnie stanowczego potwierdzenia powołania, proszę go, żeby wstąpił do seminarium, trochę powalczył i sam się przekonał czy to jego droga. Jeśli jest jakieś ryzyko w decyzji wstąpienia do seminarium, to chyba tylko w zakresie rozeznania powołania. To nie jest wybór między życiem a śmiercią, zbawieniem a potępieniem, ale wybór drogi do zbawienia i życia wiecznego. To jest próba odczytania woli Bożej, najcudowniejszego planu Boga dla naszego życia.

dk. Jacek Wolan SP

Przerażony Gedeon

Szalone pomysły Boga i ludzkie żądanie znaku.


Poprzednie dwa teksty poświęcone były postaciom z Nowego Testamentu. Tym razem nadszedł czas na bohatera ze Starego Testamentu. To postać stosunkowo mało znana, a szkoda. Chociaż żył jakieś trzy tysiące lat przed nami, to w jednym jest do nas bardzo podobny. Odczuwał lęk przed powołaniem. O kogo chodzi? Jest to opowieść o Gedeonie. Na początek garść informacji historycznych, żeby wiedzieć z kim w ogóle mamy do czynienia.

Sędzia, czyli kto?

Rzecz działa się w Kanaanie po wejściu Narodu Wybranego do Ziemi Obiecanej. Jak wiemy około połowy XIII wieku przed Chrystusem Izraelici pod wodzą Mojżesza wyszli z Egiptu. Później przez czterdzieści lat wędrowali przez pustynię i w końcu około roku 1200 przekroczyli Jordan i weszli do ziemi „mlekiem i miodem płynącej”. Niestety, nie było już z nimi Mojżesza, który zmarł tuż przed przekroczeniem Jordanu, ale znalazł się godny Jego następca, Jozue. Pod jego wodzą Izraelici zaczęli zdobywać ziemie dzisiejszej Palestyny. Po ich podbiciu zmarł także Jozue. W chwili jego śmierci każde z plemion Izraelskich zajmowało swoje ziemie, ale nie dało się zauważyć jednego przywódcy dla wszystkich pokoleń.
Gedeon był jednym z Sędziów. Stary Testament wspomina, że było ich dwunastu. Ich historie możemy przeczytać w Księdze Sędziów (zbieżność nazw jest tutaj nieprzypadkowa). Nie byli to jednak sędziowie w naszym rozumieniu. Nie rozstrzygali spornych spraw w sądzie. Byli to charyzmatyczni przywódcy, powoływani przez Jahwe dla ratowaniu Narodu Wybranego w sytuacjach zagrożenia. Jako wodzowie wojskowi gromadzili wokół siebie kilka plemion, nie byli jednak stałymi rządcami jak król.
Okres Sędziów obejmuje ok. 200 lat, od wspomnianego wejścia Izraelitów do Ziemi Obiecanej aż po ustanowienie monarchii (na pierwszego króla Izraela namaszczony został w 1030 roku Saul). Cały ten okres to „huśtawka” wierności i niewierności Bogu Jahwe. Naród zachowuje przykazania i jest wierny przymierzu z Góry Synaj, ale po pewnym czasie odwraca się od swego Boga i zaczyna oddawać cześć bożkom pogańskim. Ściąga w ten sposób na siebie Jego gniew. Jahwe pozwala na ucisk Izraelitów, bo chce, by się opamiętali. Izraelici pragną nawrócenia, dlatego Bóg lituje się nad swoim Narodem i powołuje kolejnego Sędziego, by wyzwolić Izraelitów z ucisku.
Tak jest i tym razem. „Izraelici czynili to, co złe w oczach Pana, i Pan wydał ich na siedem lat w ręce Madianitów (Sdz 6, 1)”. Madianici stanowili jeden ze szczepów arabskich. Zamieszkiwali północno-zachodnie ziemie Arabii, na wschód od Morza Czerwonego. Nie budowali trwałych osad - byli nomadami i prowadzili życie wędrowne. Wprawdzie od Izraelitów oddzielała ich ziemia Moabu, ale nie przeszkadzało im to jednak robić okazjonalnych wypraw rabunkowych. Jako nomadzi nie interesowali się zajmowaniem kraju, tylko łupem i ewentualnie wypasaniem pastwisk. Na swoich wielbłądach mogli organizować błyskawiczne wypady łupieżcze i powracać do swego obozu.
Madianici „nie pozostawiali Izraelowi żadnych środków do życia – ani owiec, ani wołów, ani osłów (Sdz 6, 4)”. Mało tego: zdarzało się, że ledwie co Izraelici zasiali i kiedy zboże było jeszcze w stadium wzrostu, ci spadali jak szarańcza ze swymi wielbłądami i wypasali młode, niedojrzałe, jeszcze zielone zboże. Dla Żydów, jako ludności rolniczej, oznaczało to utratę zbiorów, brak chleba i głód. Zresztą autor natchniony tak puentuje całą zaistniała sytuację: „Madianici wtrącili więc Izraela w wielką nędzę. Poczęli zatem Izraelici wołać do Pana (Sdz 6, 6)”.

Najmniejszy spośród najuboższych

Właśnie w takich okolicznościach dziejowych na scenie pojawia się nasz bohater, Gedeon. Ukazał mu się Anioł Pana, by mu obwieścić wolę Bożą. Czy Gedeon był na to przygotowany? Nie! W tajemnicy przed Madianitami młócił swoje zboże. Pewnie był w nim strach i jak najszybciej chciał zakończyć to ryzykowne zajęcie. Ni stąd ni zowąd przychodzi anioł i mówi do niego: „Pan jest z tobą, dzielny wojowniku (Sdz 6, 12)”. Cóż za paradoks. On ze strachu przed madianickimi rabusiami po kryjomu młóci zboże, a anioł zwraca się do niego „wojowniku”!
Jednak wybierając nasze powołanie stawiamy sobie cel i określamy sposób jego osiągnięcia, a to pomaga przełamać niepewność oraz poczucie zagubienia w rzeczywistości.